Wyprawa do Norwegii 2007

W dniu 21.06.07 senior Potocki został dokoptowany do międzynarodowego towarzystwa sprawnych i zatwardziałych wędkarzy (koledzy seniora Potockiego) i w pogoni za przygodą udał się na norweską wyspę Hitra ,w nadziei, że złapie pierwszą w życiu oceaniczną rybę. Towarzystwo było wielonarodowe: 2 Czechów, Słowak, Niemiec i 5 Polaków. Czterech z nich jechało samochodem i wiozło sprzęt wędkarski oraz bagaże, pozostali lecieli samolotem przez Oslo do Trondheim, a potem jeszcze przez norweskie bezludzia około 200km samochodem w okolice równie jak bezludzia bezludne, a konkretnie do Steinsjo Kvenvear. Po 16 godzinach samolotowo-samochodowej podróży (jadący samochodem podróżowali łącznie około 30 godzin) udało się postawić stopy na norweskich skałach nad Atlantykiem. Wcześniej, na lotnisku w Balicach nadgorliwe polskie służby zabrały Potockiemu rezerwowy kołowrotek z żyłką, motywując swe postępowaniem zagrożeniem jakie niby stwarzał nasz podróżnik pilotom (przecież żyłką może pan udusić – mówili). I nie ważne, że Ci sami goryle wpuścili na pokład samolotu innego pasażera z gitarą sześciostrunową, to w ich mniemaniu Potocki stwarzał zagrożenie. Głupota ludzka nie zna jednak granic, a może to chęć zawładnięcia pięknym kołowrotkiem była?

W Norwegii białe noce. Słońce praktycznie nie zachodziło, więc do wędkowania nasi nieustraszeni i potencjalni jeszcze wtedy łowcy ryb mieli całe 24 godziny na dobę. Cholera, aż 24 godziny bo nic innego, ciekawego na horyzoncie nawet nie zamajaczyło (najbliższe miasteczko 40km po bezdrożach, w osadzie paru turystów, emerytów z Niemiec i kilkunastu z Czech. Zero płci pięknej, żadnej knajpy, a tylko uroczy, biały kościółek czynny raz w tygodniu w czwartek !). Dla dopełnienia obrazu , opis miejsca naszego pobytu uzupełnię tym, że domki skromne, z nieheblowanych desek, ale w środku z wszystkim co niezbędne dla wędkarskich świrów: tv, satelitą i oczywiście telewizją Trwam (w odwodzie miejscowe kanały erotyczne, umiejscowione w bezpośrednim sąsiedztwie programu telewizyjnej Rydzyka).

Wszędzie kręciły się też mewy i specyficzny zapach rybackiej osady. Prócz mew, ludzi i oceanu, przyrodę stanowiły jeszcze kamienie, skały, mchy, porosty, trawy i osiągające formy drzewiaste jarzębiny. Sporadycznie rosły świerki, sosny i jodły. W wodzie wokół przystani obserwowane były glony, meduzy i rybki (małe). To tyle.

Gdyby nie uśmiechnięte gęby kolegów, J.M. Potocki miałby nietęgą minę ,bo świadomość wielogodzinnego pływania po oceanie przy temperaturze powietrza około 15 st.C. a wody około 8 st.C i przy awersji Potockiego do tlenku wodoru w formie morza czy oceanu, nie była najatrakcyjniejszą perspektywą. Dobre humory kolegów i wrodzona ciekawość wszystkiego co nowe i inne, powodowała jednak, że najstarszy z rodu Potockich z Kęt, w miarę trzymał fason.

Przejdźmy do meritum, czyli połowów, bo powiedzmy sobie szczerze to były POŁOWY, a nie wędkowanie. Grupa miała do dyspozycji dwie ośmiometrowe, 100 konne łodzie z nawigacją, echosondą, mapą morską i …przyciskiem ”mayday”, a także szereg wędek morskich z multiplikatorami, uzbrojonych w plecionki o wytrzymałości 30-40 kg. i w pilkery (300-500g) oraz zestawy 3-5 haczyków. W łodzi znajdowała się jeszcze skrzynia połowowa, lina kotwiczna, cumy, kawałki styropianu do podłożenia pod 4 litery i w zasadzie nic więcej. Każdy obowiązkowo na swoich kondomach (odzież typu Unimil mi życie) miał zapięty kapok, a na łbie czapkę. Nikt nikogo nie pytał o uprawienia sternika morskiego ni o żadne inne. Dawało się na wstępie cieciowi w przystani 500 Euro kaucji za łódkę, nastawiało kurs w nawigacji na zaznaczony na mapie punkt (łowisko) i wio w oceaniczne otmęty. Na ewentualną pociechę naszych żon, matek, i innych, każdy się w Polsce ubezpieczył od śmierci samemu jednak na tą pociechę nie mając nic (pić gorzałki 20 km. od brzegu żaden się nie odważył). Nic prócz nadziei na wywinięcie się wzburzonym odmętom, rekinom, monstrualnym kałamarnicom i Neptunowi. Nadziei na szczęśliwy powrót, najpierw do norweskiego brzegu, a potem do polskiego domu. Wypływali więc nasi dzielni miastowi rybacy (z Katowic, Pszczyny, czeskiego Paskowa, Frankfurtu, słowackiej pipidówki i Kęt) z nadzieją, że nie tylko wrócą, ale i złowią jeszcze jakiegoś śledzia. Dzień w dzień po 2 razy wypływali (12-16 godzin na wodzie). Wypływali i …wracali cali. I choć w okolicy przepadli podobni naszym śmiałkom czterej obcokrajowcy (helikopterowa akcja poszukiwawcza nie przyniosła rezultatu), choć wszyscy wiedzieli, że w wodzie oceanicznej o temp.6-9st. człowiek ginie z wychłodzenia po kilku (kilkunastu) minutach (tyle ich właśnie ma by wrócić na pokład po wypadnięciu za burtę), choć niektórych męczyła choroba morska i potrafili trzy razy rzygać w ciągu godziny, jak jeden mąż płynęli z godnym podziwu uporem i samozaparciem, naprzeciw przygodzie. Na przekór światu i do kwadratu, płynęli. I łowili. Łowili kohlery, okonie morskie, lumby, makrele, rekiny (małe były) i dorsze. Niektórzy nawet halibuty. Wracając, sami patroszyli, filetowali, pakowali i mrozili. Te właśnie ostatnie czynności były najbardziej po rzyganiu uciążliwe. Zmęczeni, po kilkunastu godzinach na oceanie musieli jeszcze oporządzić ryby. Na ostatnich nogach robili te nieciekawe czynności, bo przecież tyle włożonego w łowienie trudu nie mogło pójść na marne. Dzień po dniu, noc której nie było, po nocy. Łowienie, łowienie, łowienie. W międzyczasie krótkie i płytkie spanie, jedzenie pośpieszne, odrobina telewizji Trwam, sms do Polski wystukany zesztywniałymi paluchami i „na abarot”. To było to. Zapominało się o świecie. Liczył się tylko stan oceanu, a ogólniej mówiąc humor Neptuna i pogoda. Polskie polityczne swary, polska zawiść, nieżyczliwość, małość ludzka schodziły na odległy plan. Męska solidarność podobnie jak pogoda i lustro oceanu była najważniejsza. Dlatego warto było i jest warto. Warto, by zobaczyć, doświadczyć jak mały jest egzemplarz z gatunku Homo sapiens na bezkresie oceanu. Jak jest bezradny wobec żywiołu. Warto, by lepiej poczuć życia smak, by docenić to czy tamto, by nikt nie wciskał Ci ciemnoty jak jest na rybach w Norwegii. Dla kolegów warto, dla przygody, adrenaliny i jeszcze wielu innych warto …

A sama Norwegia jest zimna. Norwegia dla Polaka i nie tylko jest droga (kolega z Niemiec żuł tytoń, bo nie chciał płacić po 10 Euro za paczkę papierosów). Norwegia jest poukładana i życzliwa. Jest i ładna i brzydka i egzotyczna trochę …

UFF!!! Napisałem się już za dużo. Muszę jeszcze jednak wspomnieć o mewach. Mewy to na oceanie jedyne prócz kolegów towarzyszki. Dzięki nim jest raźniej i weselej. Podobnie jak ludzie żrą się, kłócą, biją o byle co. Tym samym bardzo poprawiają ludziom samopoczucie. Dzięki nim możesz patrzyć, będąc daleko od brzegu na coś innego niż woda czy niebo. Są też wdzięcznym obiektem do robienia zdjęć.

I jeszcze o rybach trochę. Zastanawiającym jest, że dorsze łowione w wokół Hitry są duże (Potocki złowił 8kg, a inni jeszcze większe), a w polskich sklepach takie malutkie. Smażone nie śmierdzą, a delikatnie tylko trącą rybką. I są bardzo, bardzo smaczne!!!

Tą drogą dziękuję Ryśkowi, Zygmuntowi, Sebastianowi, Tomkowi, Mariuszowi, Arndowi, Jirzemu, Jirko i Duszanowi za to miedzy innymi, że niezapomnianą przygodę przeżyłem i, że przeżyłem w ogóle! To były bardzo długie, ale piękne dni!

P.S. Tyle na gorąco. W uzupełnieniu dopiszę jeszcze trochę, ale niech najpierw się uleży.

Jerzy Marian Potocki