Norwegia 2008

Podobnie jak w zeszłym roku, duzi wiekiem, niekoniecznie wzrostem ale na pewno duchem, żądni silnych wrażeń chłopcy ze Śląska i okolic wybrali się do Norwegii na dorsze, halibuty i inne smaczne ryby. W licznym bo 9 osobowym składzie tym razem polecieli za pole podbiegunowe na wyspę Senja powyżej Narviku. Polecieli, dolecieli, złowili i wrócili. Tak pokrótce można scharakteryzować wyprawę.

Pogoda we wrześniu była znakomita. Trochę przymrozku, dużo wiatru i deszczu i jeszcze więcej (proporcjonalnie na 8 dni) słońca. Ryby łowiono w Morzu Arktycznym w czasie sztormu ale i w zupełnej ciszy. W deszczu i słońcu. W dzień i w nocy. Po morskich otmętach poruszaliśmy się 5 metrowymi otwartymi łódkami z 80 konnymi silnikami Yamaha i echosondą. Zabawa ekstremalna momentami, bo ustanie na pokładzie przy kilkumetrowych falach nie było łatwe. Dla niektórych zatrzymanie treści żołądka w tym organie też było wręcz niemożliwe. Cóż nie każdy jest kapitanem Teligą czy Baranowskim. Było fajnie ale i groźnie momentami. Czasami fale były takie wysokie, że sąsiednie łódki odległe od siebie o 100m ginęły z oczu w spienionych otmętach, a silniki Yamahy nie dawały rady prądom morskim i wiatrowi. Jeszcze teraz skóra mi cierpnie gdy sobie przypomnę. Jedynie we fiordach było lekko spokojniej.

Rybki dopisały. Łowiliśmy z głębokości 30-50m. Rekordowy dorsz ważył 17,5kg. Inne od 5-15kg. Rekordy bili Rysiek i Zygmunt. Inni oddawali się połowom mniej emocjonalnie czy nawet wcale. Wszyscy jednak byli zadowoleni. Uciechą bowiem jest bawić się w dobrym towarzystwie, na dalekiej północy gdzie morze tryska ropą, a ludziom żyje się powoli i dostatnie. Gdzie widok wieloryba nie budzi emocji (też mieliśmy przyjemność pooglądać tego gada z 10m.), a przyroda jest niebywale piękna w swej surowości. Piszący te słowa największą radochę miał z robienia zdjęć kolegom i przyrodzie, ale też swoją rybkę złowił, a pewnikiem nawet kilka. Zapalonym wędkarzom, ale tym mniej doświadczonym podpowiadam, że dorszowy sukces zależy nie od umiejętności (no może trochę)lecz sprzętu, a przede wszystkim od umiejętności znalezienia ławicy i potem utrzymania się nad nią możliwie najdłużej. Ryby łowią się wtedy same, za brzuchy, grzbiety czy ogony. Bardzo często na złowioną małą, w trakcie wyciągania weźmie duża. A duże są zawsze tam gdzie ławice małych, tylko nieco niżej i bliżej dna. I to jest 10 przykazań dorszowca!!! Smakoszom norweskiej morskiej rybki dopowiem, że złowić to jedno, a przywieźć do Polski to drugie. Całe szczęście, że norwescy celnicy i służby lotniskowe są dla wywożonych ryb liberalni. A może lubią Polaków? Faktem jest, że polskie służby lotniskowe powinny się uczyć sprawności, fachowości, a nawet kultury od swych norweskich kolegów. No cóż jeszcze daleko nam do Europy, ale obserwuję już w pojedynczych przypadkach poprawę…

Nie będę się rozpisywał, ale dodam jeszcze, że Norwegia jest cholernie droga dla przeciętnego polskiego turysty, że należy by przetrwać, wyłączyć pocztę głosową w komórce, a komórki najlepiej nie używać, że jeśli pić alkohol to tylko przywieziony z Polski, a papierosów lepiej nie palić. Nie poruszać się pojazdami na ropę czy benzynę, nie jeść i nie pić, nie chorować. Najlepiej przygruchać sobie norweską dziewczynę i żyć miłością przez ten tydzień czy półtora lub pozwolić jej na tak zwany sponsoring (ta druga opcja dla cyników). Jeśli komuś miłosne igraszki nie wystarczą do życia i przeżycia w dalekiej Norwegii to niestety musi łowić ryby lub zbierać grzyby. Może też pieprzyć wszystko i oddać się rozpuście trwoniąc oszczędności życia. Ta wersja jest dla ludzi z fantazją lub totalnych desperatów o ile oczywiście mają oszczędności. Niezależnie jednak od człowieka i wybranej opcji polecam gorąco Norwegię, bo warto!!! Dla kolegów warto, dla ryb warto, dla przyrody, zdjęć, miejscowych lub przyjezdnych dziewczyn warto. Nawet dla grzybów warto. Najbardziej jednak dla świętego spokoju warto!!! Tydzień na dalekiej północy, bez telefonów (Roaming skutecznie odstrasza dzwoniących) bez możliwości szybkiego powrotu, bez kłopotów zostawionych na polskim lotnisku, bez utyskiwań tej, tego czy tamtego, bez 100 000 innych rzeczy, wart jest grzechu nawet śmiertelnego…!!!

Tu kończę swoją egzystencjalną dygresję i… cały tekst kończę, bo nic tak nie pobudza wyobraźni jak niedopowiedzenia! Pozdrawiam z tego miejsca Ryśka, Marcina, Sebastiana, Tomka, Arnda, Zygmunta, Jurka, Jacka i rodzinę bliższą i dalszą i kolegów z klasy i z pracy, podwładnych i przełożonych i grono pedagogiczne, i pieski moje i cudze, i doktora G. pozdrawiam i…. kocham was wszystkich i każdego z osobna – HEHEHE! I to jest THE END.